Dlaczego zupa a nie suplementy

Przyznajemy – sami też się suplementujemy! Witamina D w dużych dawkach przez cały rok (uroki klimatu umiarkowanego, w którym słońce świeci mocno tylko przez 3-4 miesiące), dodatkowo witaminy z grupy B, a w miesiącach sprzyjających łapaniu chorób przy pierwszych oznakach przeziębienia regularne dawki witaminy C. Dlaczego więc zamiast solidnej garści kolorowych suplementów rano, w południe i wieczorem, martwić się o właściwą kompozycję posiłków i podaż niezbędnych substancji wraz z pożywieniem? Cóż, powodów jest kilka.

Po pierwsze:

#Biodostępność

Wszystkie reklamy świata dotyczące suplementów diety mogą zaklinać się i zapewniać, że ich produkty są lepiej przyswajalne dla naszych organizmów, niż te naturalnie występujące w jedzeniu. Dobrze, w porządku. Reklama to reklama – musi sprzedawać. Jednak prawda jest taka, że nawet najlepsze suplementy są przyswajalne w maksymalnie 30-50%, a wskaźnik ten dla naturalnie dostarczanych wynosi 90-100%. Czemu? Z bardzo prostej przyczyny. Od setek tysięcy lat każdy organizm na naszej planecie żyje, rośnie i regeneruje się dzięki temu, co znajdzie na łące, na drzewie, upoluje lub złowi. Stosunkowo niedawno powstały zakłady farmaceutyczne i dziwnym trafem kilka dziesięcioleci okazało się zbyt krótkim okresem czasu, by przestawić się na czerpanie energii z darów natury na dary taśm produkcyjnych.

Po drugie:

#Komplementarność

Gryząc soczyste jabłko nie mamy nawet pojęcia ile oddzielnych suplementów należałoby przyjąć, żeby zrównoważyć jego dobroczynny wpływ na nasz organizm. Witamina C, A, grupa witamin B, betakaroten, likopen, błonnik, kwertycyna, tokofrenol… A to tylko jedno jabłko! Wyobraźcie sobie jak wyglądałaby porcja kapsułek, którą musielibyście zażyć, żeby odnieść tyle korzyści, ile macie ze zjedzenia talerza zupy WECO. A ta zawiera wywar mocy, przynajmniej 5 różnych warzyw, 5 różnych przypraw i kilka ziół. Bardzo ważną kwestią jest też fakt, że istnieją substancje, które wpływają na siebie w ten sposób że wzajemnie wzmacniają swoje działanie, czyniąc się komplementarnymi. Np. dobrze wiemy, że witamina D powinna być spożywana razem z witaminą K, która stanowi dla niej swoistego Ubera wiozącego dokładnie tam, gdzie trzeba. Bez witaminy K, witamina D stoi sobie smutno na przystanku i rozgląda się bezradnie. Dokładnie tak samo jest z kolagenem! Żeby stać się superbohatarem naszego organizmu potrzebuje swojej trenerki personalnej, witaminy C. Witamina C zagrzewa kolagen dostarczony do organizmu do wewnętrznej przemiany, tak aby mógł stać się przykładnym budulcem większości naszych tkanek. Jedząc zupę kolagenową nie musisz wiedzieć i przejmować się tym wszystkim. Wystarczy, że nabierzesz łyżkę jej cennych składników, a wszystko stanie się samo

Po trzecie:

#Czystość chemiczna

Woda. Wywar mocy. Warzywa. Przyprawy. Sól himalajska. Koniec. To właśnie dostarczasz do organizmu jedząc porcję zupy. Nie zjadasz jej razem ze słoikiem ani kartonem w którym przyjechała. A my nie musimy też dodawać barwników, żeby wyglądała bardziej zachęcająco, ani substancji tabletkujących, żeby stworzyć z niej drażetkę. Nasza zupa nie zawiera otoczki ani kapsułki. Nie musimy się głowić, czego dodać by ją zakonserwować, ani odróżnić wyglądem od konkurencji. Trochę inaczej sprawa się ma z suplementami diety.

Czasem nie zdajemy sobie sprawy ile szkodliwych substancji dodatkowych wprowadzamy do naszych organizmów w ten sposób. Składniki te nie mają dobroczynnego wpływu na nasze zdrowie. W najlepszym przypadku są neutralne, chociaż najprawdopodobniej – zwyczajnie nam szkodzą.
Jaki więc z tego morał? Zawsze, kiedy tylko możemy stawiajmy na naturalne źródła mikroelementów! Nasze ciała nas za to pokochają:)